poniedziałek, 1 czerwca 2015

Przeniesienie

Elo kochani :*
Tak sobie teraz myślę i doszłam do wniosku, że chyba wszystkie swoje blogi będę powoli przenosić na wattpada ;)
Tak więc, Wilczą miłość już tam znajdziecie ---->LINK
Co do reszty, to też się tam wkrótce znajdą ;)
Pozdrawiam^^
L

piątek, 15 maja 2015

Rozdział 2



LUNA

 Mój dom mieścił się niedaleko miasta, a ogród łączył się z lasem. Nie wiem co się stało z poprzednim mieszkaniem lecz jak prosiłam tu sprowadzono wszystkie moje rzeczy.
Budynek składał się z piwnicy, parteru i jednego pietra. Mieścił w sobie cztery sypialnie i trzy łazienki. Do tego dochodziła wielka kuchnia i salon, a między nimi znajdowała się jadalnia, czyli stół z ośmioma krzesłami wykonany ze ciemnego dębu.
Stanęłam przed domem i zmierzyłam go nieprzyjemnym wzrokiem. Gdy wczoraj tu dotarłam nie miałam czasu na zwiedzenie go i przyznam, że chęci też żadnych nie miałam. Po prostu rzuciłam się na kanapę, zwinęłam w kulkę i usnęłam. A rano śpieszyłam się do tej zakichanej szkoły. Może i mówiłam bez sensu, ale nie widziałam nic, co by mi się przydało po niej. Nie planowałam iść do żadnego colegu, jedynie przeprowadzić się w jakieś spokojniejsze miejsce. Nic mnie już tu nie trzymało.
Przyznam, że Peter miał niezły gust.
Dom wykonano z ciemnej kostki, a z ciemno-brązowej cegły, a dach z czarnych dachówek. Łukowate okiennice znajdowały się na pierwszym piętrze. Podwórko przed domem miało wielki zajazd, ozdobiony po bokach różnymi krzaczkami. Całą posesje ogradzała stalowe ogrodzenie z otwieraną na pilota bramą. Wpisałam kod do furtki z poprzedniego domu, a ta bez większych ceregieli otworzyła się. Tu znajdował się ten sam system alarmowy co w moim poprzednim miejscu zamieszkania, więc bez problemu dostałam się do środka.
Rzuciłam torbę na komodę i ściągnęłam buty, aby nie ubrudzić podłogi, gdyż nie uśmiechało mi się później latać z mopem po pokojach. Ruszyłam do kuchni w poszukiwaniu jakiegoś jedzenie. Jednak lodówka była pusta i nawet nie podłączona do prądu, więc po krótkiej męczarni udało mi się ją uruchomić.
Czego mogłam się spodziewać? Wielkiego komitetu przywitalnego? Dziesiątki bukietów róż i różowego balonika z napisem Witamy w domu? Dopiero dzisiaj niektórzy dowiedzieli się o moim powrocie. Do innych ta informacja niebawem dotrze, więc musiałam ewakuować się z mieszkania. Wiedziałam, że będą chcieli ze mną porozmawiać, ale nie byłam w żadnym nastroju do rozmów. Więc zamknęłam dom i wyszłam tylnymi drzwiami na ogród.
Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to pusty basen. Uwielbiałam się kąpać, więc to była tylko kwestia czasu, kiedy napełnię go wodą. Miałam duży ogród, w którym także znajdowały się jakieś krzewy. Tuż przy płocie dostrzegłam kilka jabłonek, które jeszcze dawało owoce. Koniec ogrodu rozpoczynał się wejściem do lasu i tam też znalazła się kolejna furtka, a przy niej drewniana chatka zapewne na jakieś narzędzia czy sprzęt ogrodniczy.
I nie myliłam się. Znalazłam kosiarkę i pełno nożyc do różnych krzaków. Może i ktoś zdziwiłby się, gdyby zobaczył łóżko w takim miejscu, ale dla mnie było to normalne. Nasze domy znajdowały się blisko lasów, aby umożliwić nam szybkie dotarcie tam. Czasami, gdy rodzice w nocy wracali z polowań i nie mieli sił, aby dotrzeć do domu zostawali w takim miejscu. My, wilki, podczas przemiany w człowieka wyglądaliśmy tak, jak nas Bóg stworzył. I nie powiem, że po takim maratonie w lesie jakoś zachowywaliśmy czystość. A mama miała obsesje na jej punkcie. Czyli broń cię boże wejdź w butach na jej ukochany dywan. Śmierć na miejscu.
Dlatego też stworzono takie pomieszczenia, abyśmy mogli normalnie przeczekać ten okres tuż po powrotnej przemianie.
Rozebrałam się układając ciuchy w ładny stos. Uchyliłam drzwi i z rozbiegiem wpadłam do lasu zamieniając się po drodze w wilka. Moje wielkie łapy uderzyły o ziemię, a ja zachwiałam się na moment. Każda przemiana była bolesna, więc potrzebowałam chwili, aby ten ból choć trochę ustąpił.  
Pokręciłam pyskiem i biegłam przed siebie. Musiałam zachować jednak ostrożność, aby nikt mnie nie zauważył. Byłam jak duch. I tak miało pozostać.
Po kilkunastu minutach dotarłam do wyznaczonego miejsca. Była to drobna polana osadzona w środku lasu. Miejsce idealne do ćwiczeń. Kiedyś znajdowały się tu drzewa, lecz ścięto je dawno temu, a wysoka trawa i różne chwasty wyrosły na jej miejscu. Po tamtym incydencie został jedynie wielki pień pośrodku tego miejsca. Kawałek drzewa, na którym siedział mężczyzna.
Podeszłam do niego w postaci wilka i klapnęłam na ziemię nieopodal. Mężczyzna odwrócił się i uśmiechnął do mnie.
Mama zawsze się śmiała, że byłam wykapanym tatusiem. Ten sam odcień włosów i szarych tęczówek. Ponadto, gdy się uśmiechaliśmy pojawiały nam się dołeczki w policzkach. Jake, choć był moim bliźniakiem, to wdał się w mamę. Ale niektórzy nadal dostrzegali podobieństwa między nami. Między innymi mieliśmy te same uśmiechy, a Carrie stwierdziła kiedyś, że mamy podobny temperament i tak samo się denerwujemy.
W końcu spędziliśmy razem osiemnaście lat w jednym domu. Niektóre rzeczy przyswaja się automatycznie.
Tato – posłałam mu swoją myśl.
Tak się komunikowaliśmy gdy byliśmy w postaci wilka. Ojciec uśmiechnął się ukazując dwa dołeczki w policzkach. Jego blond włosy nieco przyciemniały. Nie był jakoś przesadnie stary, a gdy się uśmiechał czasami wyglądał jak nastolatek.
Spóźniłaś się – zagaił mnie. Zaskamlałam i uniosłam łapę, jakbym chciała mu przybić piątkę. – Dobrze, powtórzmy ostatnią lekcję – wstał i stanął naprzeciwko mnie. – Będziemy kontynuować wczorajszą lekcję – ogłosił. – Połóż się i wsłuchaj się w las.
Zrobiłam to co kazał. Położyłam się na brzuchu. Zamknęłam oczy całkowicie poddając się lasowi i jego mieszkańcom.
Świetnie – pochwalił. – Teraz skup się na tym, co jest przed tobą. Słyszysz?
Słyszałam cichy szelest liści i obijających się o siebie gałęzi. Słyszałam stukot kopyt stada, które szukało jedzenia na polu.
– Siedem – przesłałam mu swoją myśl. – Dwa młode.
Właśnie tak, Luna. A teraz chcę, abyś do nich podeszła na tyle blisko, na ile będzie to możliwe.
Uniosłam się i już miałam ruszać, gdy wiatr mocniej zawiał, a do moich nozdrzy doleciał kolejny zapach. Człowiek.
– Tato, tam ktoś jest – odwróciłam się do niego.
Więc sprawdź to – odrzekł, a następnie zniknął między drzewami.
Moja relacja z ojcem była dość specyficzna. Widywaliśmy się kilka razy w tygodniu, gdy byłam pod postacią wilka. Odbywaliśmy prywatne lekcje. Nikt o nich nie wiedział i nie mógł się dowiedzieć.
Ruszyłam za zapachem, którego źródło doprowadziło mnie prawie do mojego domu. Ten człowiek znajdował się w kawałku lasu, który należał do mojej rodziny. Gdy dzieliło nas tylko kilkanaście metrów zwolniłam, aby mnie nie usłyszał.
Między drzewami dostrzegłam klęczącego na liściach chłopaka. Postanowiłam schować się za krzakami i obserwować jego poczynania. Spoczęłam na skraju lasu.
Ciemnowłosy miał na sobie strój sportowy, a jego włosy były wilgotne od potu. Wciąż męczył się z czymś, a ja z ciekawości postanowiłam podejść do niego bliżej. Usiadłam niecałe dziesięć metrów przed nim i w milczeniu obserwowałam go.
Ja pierdole... – westchnął. Wiedziałam, że już kiedyś słyszałam ten głos.
Kurwa! – krzyknął, przez co mnie wystraszył. Z mojego gardła wydobył się głośny warkot.
Chłopak słysząc to gwałtownie się obrócił i odskoczył do tyłu, upadając boleśnie na tyłek.
Poczułam się głupio tak go wystraszając...
Nie zbliżaj się! – wrzasnął i wyciągnął ręce przed siebie. Pokręciłam głową i spojrzałam na niego.
Stoner. To był ten nowy uczeń.
Położyłam się na ziemi i spojrzałam na niego najsłodszym wzrokiem, na jaki mogłam się wydobył, skamląc przy okazji.
Idź stąd! – ponownie wrzasnął.
Brawo, Ericu. Krzycz i jawnie ukazuj swój strach. Dzikie zwierzęta to uwielbiają.
Walnęłam się łapą w pysk. To był taki mój facepalm w wilczej wersji. Nagle uniosłam głowę i lekko ją przekrzywiłam wciąż się na niego patrząc. Wiem, że to głupie, ale Jake mówił mi, jak zachowują się oswojone zwierzęta. Moja wersja przedstawienia tego była dość... upokarzająca. Ale musiałam przyznać, że brakowało mi trochę towarzystwa innych, chociaż tylko będąc wilkiem mogłam się do tego przyznać.
A kysz! – padłam na bok, gdy utworzył z palców krzyż.
Coś przede mną zapiszczało, a moje uszy stanęły na baczność przysłuchując się temu dźwiękowi. Był to ptak, który został uwięziony w siatce. Zastanawiałam się, co Stoner robił przy nim, więc podeszłam do zwierzęcia. Ledwo dyszał, a jego skrzydła zaplątały się w sznurek. Chłopak zapewne próbował go rozwinąć, jednak gdy mu się to nie udało, chciał go przeciąć.
Podeszłam do pułapki i chwyciłam sznur między zębami.
Zostaw go – odezwał się Stoner i ruszył w moim kierunku, lecz gdy na niego spojrzałam ten wycofał się.
Przycisnęłam pułapkę łapą i zębami próbowałam przegryźć materiał. Trochę mi to zajęło, ale w końcu się udało. Sznurek nie był zbyt gruby, ale człowiek bez noża zdecydowanie nie potrafiłby to rozerwać.

Ostatni raz uniosłam wzrok na człowieka, a następnie odwróciłam się i ruszyłam w stronę swojego domu. Musiałam tu wrócić w swojej ludzkiej formie i dokładniej zbadać to miejsce. Chciałam się też dowiedzieć kto był na tyle głupi, aby ustawić na moim terenie pułapki.




Miało być raz w tygodniu, ale Loncia oczywiście zapomniała dodać rozdział... :D 
Przepraszam, za brak wcięć akapitowych, ale nie chciało mi się ich robić... :c 
Wybaczycie mi to, prawda? Xd
Jak wam mija tydzień? Przyznam, że mi bardzo dobrze :D Ostatnio zaczęłam jazdy i nikogo nie rozjechałam! Wszyscy żyją... Na razie :D 
Ugh... Wy też od rana kichacie? ;__; Kochane kasztany... Eh... 
Dobra, pisać co u was! Normalnie stęskniłam się za wami :*
Pozdrawiam
L <3

środa, 6 maja 2015

Rozdział 1

ERIC


 Wyciągnąłem książki z szafki, a następnie trzasnąłem drzwiczkami, zamykając ją. Spojrzałem na rozpiskę, na której było napisane, że zaraz miały odbyć się zajęcia z biologii. Z wychowawcą.
Świetnie. Już spodziewałem się jego pięknej przemowy na dzień dobry. O tym, jak powinienem się zachowywać i czego ode mnie oczekują.
 Odbyłem już takie rozmowy. Z ojcem, matką, wicedyrektorem, dyrektorem i nawet sekretarką. Dodatkowo ojciec jasno się wyraził co zrobi z moją kartą, jeśli się nie poprawię.
Wszedłem do sali 205 i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Trzeci dzień w szkole niczym nie różnił się od poprzednich. Nie czułem się najgorzej. Przyznam, że było tu o wiele przyjemniej niż w poprzedniej placówce, do której uczęszczałem.
 Moja nowa klasa liczyła około 30 osób. Z tego co zrozumiałem, nie wszyscy jeszcze wrócili z wakacji, więc nie było pewne czy ktoś nowy do nas nie dołączy. Znaczy stary, gdyż to ja tu byłem najnowszym nabytkiem.
 Dwa tygodnie w Rossvel. Zero kontaktu z dawnymi przyjaciółmi. Szlaban, póki nie wezmę się za naukę. Tak właśnie zapowiadała się moja przyszłość.
 Rozglądnąłem się szukając wolnego miejsca. Jak zwykle jedno krzesło na przodzie było puste. Zauważyłem to już kilka lekcji temu, że wszyscy omijali je szerokim łukiem. Zastanawiałem się dlaczego, lecz nie było nikogo, kogo mógłbym o to spytać. Jakoś nie uśmiechało mi się do nowych znajomości. Nie chciałem tu zbyt długo pogościć.
 Zabieraj rzeczy i uciekaj, Stoner - podpowiadał mój umysł.
 Nawet nie zauważyłem, że zatrzymałem się przy tej pustej ławce. Na oko niczym nie różniła się od poprzednich. Tylko tym razem ktoś zajął jedno wolne miejsce. Uniosłem wzrok i dostrzegłem, jak ciemne tęczówki wpatrują się we mnie. Należały do drobnej brunetki z falowanymi włosami. Poprawiła sweter, który nie był jej wcale potrzebny. Na dworze było gorąco, jak cholera, a ona drżała? Ponownie zwróciłem uwagę na jej oczy i tym razem dostrzegłem, jak z trudem powstrzymuje łzy. Zrobiłem krok do tyłu, wpadając na kogoś.
 – Łoooł! – zawołał chłopak. – Stary, a ty gdzie się wybierasz? – uśmiechnął się do mnie i poklepał po barku. – Twoja ławka jest tam – wskazał palcem, a następnie pociągnął mnie w jej stronę. 
 Bez słowa podążałem za wskazanym kierunkiem, czując baczny wzrok chłopaka na sobie. Nie odważyłem się odwrócić w obawie, że jeśli to zrobię, ten na mnie naskoczy. Zająłem miejsce przy ścianie, a on usiadł obok mnie. Położyłem plecak na ławce i przyjrzałem się mu. 
 Miał krótko ścięte ciemne włosy i ciemną karnację. Przypominał mi trochę Latynosa, jednak byłem pewien, że nim nie był. Należał do drużyny szkolnej - tyle wywnioskowałem z jego stroju. Uśmiechnął się do mnie, obnażając śnieżnobiałe zęby. 
 – Caspar Quinn – podał mi rękę. 
 – Eric Stoner – uścisnąłem jego dłoń. 
– Ten nowy Kalifornijczyk, jak mniemam? – zapytał wyciągając książki. 
 – Innego chyba nie dostaliście w ostatni czasie – wzruszyłem ramionami. 
  Caspar przechylił głowę, jakby się nad czymś zastanawiał. 
 – Nie – powiedział w końcu. – Ostatni Kalifornijczyk został wykopany z drużyny i wyniósł się z miasta. Wątpię żeby wrócił. 
 – Więc teraz to ja dostałem tytuł nowego Kalifornijczyka? – uśmiechnąłem się. – Zajebiście! 
 Mój wzrok mimowolnie podążył za brunetką, która wpatrywała się we mnie. Caspar zauważył to i też na nią spojrzał. 
 – O nie, stary – pokręcił głową. – Ją sobie odpuść. Nie poleci na ciebie, ani nie zgodzi się na żadną jednorazową przygodę. 
 – Nie interesuje mnie w ten sposób. – Okey. To było drobne kłamstwo. Była ładna i nie pogardziłbym taką dziewczyną, ale nie szukałem żadnej. Jednak w tym momencie interesowało mnie coś innego. – Dlaczego to miejsce jest wolne? – skinąłem głową. 
 Caspar patrzył na nią, a gdy się odwrócił dostrzegłem ból w jego oczach. 
 – Niektórzy postanowili przedłużyć sobie wakacje – wzruszył ramionami. 
Już miałem zadać mu kolejne pytanie, gdy drzwi się otworzyły i do klasy wszedł nauczyciel. Zauważyłem, że szukał mnie wzrokiem, a gdy odnalazł na jego twarzy zawitał szeroki uśmiech. 
Pan Jones wyglądał mi na normalnego nauczyciela. Nie dostrzegłem niczego, czego można było się do niego doczepić. Był zdecydowanie po czterdziestce. Na nosie widniały okulary, a włosy już dawno ewakuowały się z jego głowy. 
Przywitał się i od razu zabrał do rozpoczęcia lekcji. Jak na dobrego ucznia przystało, zacząłem robić notatki i wsłuchiwałem się z udawanym entuzjazmem w nowy temat, póki drzwi ponownie się nie otworzyły.

LUNA POV

 Gdybym miała wybór, to znalazłabym się już dziesiątki kilometrów stąd. Ale ja tego wyboru nie miałam. Dlatego też byłam z powrotem w szkole. Oczywiście zaspałam i spóźniłam się na pierwsze trzy lekcje. Trzy dni po rozpoczęciu semestru. 
 Nie miałam zamiaru biec na kolejne zajęcia. Niezbyt przejmowałam się obecnością. 
 Jak pech chciał, lekcję miałam z wychowawcą. Wiedziałam, że będzie chciał porozmawiać ze mną po lekcji o tym co się stało. Ja nie chciałam tego wspominać i nie musiałam. 
 Otworzyłam drzwi od klasy, a wszyscy jak na komendę podnieśli głowy i spojrzeli na mnie. Jones przestał pisać na tablicy i stał bez ruchu gapiąc się na mnie. 
 W innych okolicznościach byłoby mi to na rękę. Zawsze wzbudzałam sensację u innych, ale teraz się to zmieniło. Wolałabym się zaszyć w jakimś kącie, niż tu stać. 
 W milczeniu ruszyłam do swojej ławki, lecz coś podkusiło mnie, abym spojrzała na Caspara. Siedział na swoim miejscu, lecz nie był sam. Towarzyszył mu jakiś chłopak. Wzięłam głęboki wdech, aby poczuć jego zapach. Znałam go, jednak nie wiedziałam skąd.
Posłałam przyjacielowi groźne spojrzenie.
 Rzuciłam torbę na ławkę i zajęłam swoje miejsce. Carrie spojrzała na mnie, jakbym chciała ją zabić. Jej wzrok był rozbiegany i przerażony. Jeszcze do niedawna była moją przyjaciółką. W starym domu w moim pokoju wciąż wisiały nasze wspólne zdjęcia. Na wszystkich byłyśmy uśmiechnięte. Jedno szczególnie mi się podobało. Wyjechaliśmy z rodzicami na narty do Aspen. To były nasze pierwsze zajęcia na śniegu. Obydwie poubierałyśmy jak największą ilość swetrów i kurtek, więc po kilku minutach ze zmęczenia robiłyśmy aniołki na śniegu. Pamiętałam te jej wesołe brązowe oczy, które jednym spojrzeniem wywoływały u mnie śmiech. Roztrzepałam jej fryzurę, a falowane brązowe włosy odstawały na wszystkie strony. W momencie, gdy się na mnie rzuciła mój ojciec zrobił nam zdjęcie.
 Teraz najchętniej spaliłabym tą fotografie. 
 Zmarszczyłam brwi. 
 – Luna – szepnęła, przez co uniosłam głowę. Profesor już wrócił do prowadzenia lekcji, a uczniowie przestali się na mnie gapić. – Gdzieś ty była? 
 – To chyba nie twój interes – poprawiłam się na krześle, czując się nieswojo w tym miejscu. 
 – Martwiłam się – warknęła. 
 – Nie prosiłam cię o to – odparłam spokojnym głosem i wymusiłam uśmiech. 
 – Nie, ale od tego chyba są przyjaciele – pojedyncza łza spłynęła po jej policzku. – Myślisz, że nam nie jest przykro? A na dodatek ty masz to gdzieś, co się z nami stanie! Jake nigdy by tak nie postąpił.
 Zacisnęłam dłonie w pięść, łamiąc przy tym ołówek.
 – Gówno wiesz co by zrobił – szepnęłam gniewnie. Dostrzegłam, jak w jej oczach gromadzą się łzy. Tak chciała się bawić? Dobrze, ale to ja będę na szczycie. – I uwierz mi, Jake w mojej sytuacji miałby wylane na wszystko. Szczególnie na ciebie.
 Zadzwonił dzwonek.
 Carrie wybiegła z płaczem z klasy.
 Zabrałam swoje rzeczy i także chciałam wyjść, oczywiście otoczona wzrokiem wszystkich tu zgromadzonych.
 – Panno Winter! – zawołał wychowawca. Przystanęłam na chwilę i spojrzałam na niego. Niezbyt się zmienił podczas naszego ostatniego spotkania. Może bardziej wyłysiał, ale po za tym wciąż był czterdziestoparoletnim profesorem z wyrobionym mięśniem piwnym i półokrągłymi okularami na nosie. – Panie Stoner, z panem też chciałbym porozmawiać – zwrócił się do kogoś za mną.
 Odwróciłam głowę dostrzegając, jak każda osoba opuszczająca to pomieszczenie wymownie się na mnie gapiła. Zacisnęłam dłonie w pięści, próbując się uspokoić. Obok mnie zatrzymał się nowy uczeń, który także wpatrywał się na mnie. Był to krótko ścięty brunet o intensywnym odcieniu zielonych tęczówek. Miał ubraną koszulę z dekoltem wyciętym na serek, który opinał jego ciało i blado-brązowe spodnie khaki. Plecak przerzucił przez jedno ramię i uśmiechnął się do mnie, obnażając rząd śnieżnobiałych zębów. Odwróciłam głowę w stronę profesora i spojrzałam na niego wymownie, aby jak najszybciej zaczął swoje kazanie.
 – Wiem, że jest to temat  bardzo drażliwy dla pani – dopiero co zaczął, a krew w moich żyłach już wrzała – ale chciałbym, aby pani wiedziała, że my...
 – Dziękuje – przerwałam mu. – Doceniam pańską troskę, ale jest ona zbędna – wydobyłam się na sztuczny uśmiech. – Już rozmawiałam na ten temat z rodziną i wspólnie doszliśmy do porozumienia. – I tak zaczęła się moja kłamliwa kariera. – Nie musi się pan martwić – spojrzałam na zegarek. – Przepraszam, ale śpieszę się – wybiegłam z klasy i skierowałam się do stołówki. Czułam na sobie ich wzrok, lecz nie miałam zamiaru się odwracać.
 Niemal biegiem dotarłam do stołówki. Pchnęłam metalowe drzwi, a moim oczom ukazało się lekkie zamieszanie. Jak zwykle w porze lunchu panował tu chaos. Rozejrzałam się, lecz nie dostrzegłam szukanej przeze mnie osoby. Ruszyłam na balkon do swojego dawnego stolika, przy którym zawsze siedzieliśmy. Miałam nadzieję, że właśnie tam znajdę ludzi z drużyny. Byłam już w połowie drogi po schodach, gdy usłyszałam czyiś piskliwy głos.
 – Luna! – Resztę schodów przeskoczyłam i zauważyłam, jak w moim kierunku podąża dziewczyna.
 – Kira – kolejny wymuszony uśmiech zawitał na mojej twarzy.
 Brunetka w obcisłym stroju cheeleaderki biegła do mnie, omal nie potykając się na zbyt wysokich butach. Jak zwykle miała na sobie ubranie o co najmniej jeden rozmiar za mały, a jej piersi skakały przy każdym jej kroku. Rzuciła mi się na szyje.
 – Boże! Jak ja za tobą tęskniłam! – zapiszczała mi do ucha.
 Gówno prawda – chciałam jej to powiedzieć, lecz powstrzymałam się. Ta dziewczyna z wielką chęcią zajęła moje miejsce w drużynie, a mój wyjazd był jej jak najbardziej na rękę. A tą jej udawaną troskę wetknęłabym w...
 – Gotowa na eliminacje? – No pewnie! Bardziej przejmowała się swoim miejscem w drużynie, niż tym, co się ze mną działo. 
 – Jasne – uśmiechnęłam się. – W tym roku dokopiemy Niedźwiedzią z Belspir!
 – I tak trzymaj – poklepała mnie po ramieniu, a w jej oczach dostrzegłam złość. – Chodź do nas! Dziewczyny stęskniły się za tobą – zazgrzytała zębami i pociągnęła mnie do środkowego stolika. Już z daleka dostrzegłam uśmiechy swoich znajomych.
 Idąc spojrzałam na osoby siedzące w kącie. Caspar z nienawiścią patrzył na mnie, a Carrie nawet nie uniosła głowy. Kolejne osoby nie chciały na mnie spojrzeć, jedynie ten nowy nie odwracał ode mnie wzroku. Wpatrywał się na mnie, jakby się nad czymś zastanawiał.
 W przeciwieństwie do Kiry reszta drużyny przywitała mnie szczerze i radośnie. Naprawdę cieszyli się na mój powrót. Usiadłam między Kirą a kapitanem męskiej drużyny futbolowej. Na twarzy Travisa zagościł szeroki uśmiech, a w jego karmelowych oczach iskrzyły radosne chochliki. Ręką przeczesał krótkie włosy o piaskowej barwie, drugą zaś złapał za moją, którą schowałam pod stołem.  – No to Luna, powiesz nam gdzie byłaś? – Fałszywość aż kipiała z twarzy Kiry.
 Dużo się działo przez ostatnie miesiące. Jedno wydarzenie potrafi zmienić człowieka. Tak również stało się ze mną.
– U dziadków – wzruszyłam ramionami. – Musiałam trochę odpocząć od tego. A co się działo podczas mojej nieobecności? – poruszyłam kolejny temat, gdy dostrzegłam, że Kira już była gotowa do kolejnego pytania, lecz ją uprzedziłam.
 – Nie uwierzysz! – zapiszczała. – W sobotę... – I tyle było z mojego słuchania.
 Dziewczyny co chwilę dodawały coś od siebie, zaś dwóch kolegów Travisa rozmawiali o kolejnym meczu.
 – Luna – odwróciłam się do blondyna, który wypowiedział moje imię. Jego ręka mocniej zacisnęła się na mojej, a kciukiem pogładził grzbiet dłoni. – Czy możemy porozmawiać?
 Rozejrzałam się, aby upewnić się, że nikt nas nie słucha. Kira energicznie gestykulowała dalej opowiadając mi o jakieś imprezie. Reszta nie zwracała na nas uwagi, gdyż byli zbytnio pochłonięci swoimi sprawami.
 – Nie chcę, abyś traktował mnie inaczej niż przed tym wypadkiem – zaczęłam. – Po prostu zachowujmy się tak, jakby to się nie stało.
 Wiedziałam, że tego nie można było aż tak zignorować. Ale Travis rozumiał co miałam na myśli. Doskonale mnie znał. A przynajmniej kiedyś tak było.
 – Wiem, że jest ci ciężko. Jake także był moim przyjacielem i tego nie można zignorować. Luna, jego śmierć wpłynęła na nas wszystkich, ale wiem z czym ty musisz się... – przerwałam mu złączając nasze usta w namiętnym pocałunku.
 Wplotłam dłoń w jego włosy i przyciągnęłam go bliżej. Po krótkim szoku Travis opamiętał się i odwzajemnił pocałunek. Oderwałam się od niego, gdy zabrakło mi tchu.
 – No – powiedział lekko zszokowany. – To zapomnij o moich słowach, mała – uśmiechnął się.
 – Wracamy do tego, co było dawniej. Nic się nie zmieniło, Trav – pokręciłam głową. – No może jedynie to, że chcę wrócić do drużyny, więc lecę na trening – szybko go cmoknęłam w policzek, po czym pobiegłam na salę.
 Zrobiłam krótki przystanek w toalecie, która na szczęście była pusta. Przemyłam twarz zimną wodą, a gdy spojrzałam w lustro, łzy samowolnie zaczęły spływać po moich policzkach.

ERIC POV

 – No to co? Zainteresowany, Kalifornijczyku? – Caspar szturchnął mnie w ramię.
 Przewróciłem oczami i oparłem dłoń na policzku. Zastanawiałem się nad podjęciem decyzji. W starej szkole świetnie szło mi w lacrosse. Co innego niż futbol. Chociaż, jakby się tak nad tym bardziej zastanowić te sporty były bardzo podobne do siebie. Przydałoby mi się jakieś zajęcia po szkole. Zwłaszcza, że ostatnio miałem bardzo dużo wolnego czasu. I to była zasługa moich rodziców.
 – Nie wiem – wzruszyłem ramionami. – To nie dla mnie.
 – Koniec! – Brady uderzył dłonią w stół.
 Jego siostra, Carrie, aż podskoczyła na swoim miejscu. Chłopak przeczesał dłonią swoje ciemne, kręcone włosy, a następnie podrapał się po brodzie, na której widniał dwudniowy zarost.
 – Idziesz dzisiaj na trening – oznajmił,
– Tak jest! – zasalutowałem. – Jeszcze jakieś rozkazy?
– Tak – roześmiał się. – Zabieraj dupę i lecimy na trening. Zaraz za... – przerwał i odwrócił głowę. Podążyłem za jego spojrzeniem.
 Przed nami znalazła się dziewczyna, która w towarzystwie swojej przyjaciółki szła w stronę drużynowego stolika. Odwróciła się w naszą stronę i zmierzyła każdego wzrokiem.
 O co jej do cholery chodziło? Za każdym razem gdy mnie widziała, miałem wrażenie, że gdyby mogła, to zabiłaby mnie wzrokiem.
 Carrie wstała i opuściła stołówkę najszybciej jak się dało.
 – Mógłby mi to któryś z was wyjaśnić? – spojrzałem na nowo poznanych znajomych. Okey, przyznam, że nie byli tacy źli. Polubiłem ich w ciągu tych kilku minut spędzonych razem,
 Caspar wymienił się dziwnym spojrzeniem z Bradym, a Ivo odchrząknął. Z tej trójki był najmniej mówiącym facetem, jakiego w życiu poznałem. Serio. Casparowi buzia się nie zamykała, szczególnie, gdy w grę wchodziła kłótnia z Bradym. Podczas naszej krótkiej drogi do stołówki zdążyli się pokłócić co najmniej trzy razy.
 – Carrie i Luna były kiedyś najlepszymi przyjaciółkami – zaczął Ivo. – Luna to ta blondynka, która robi niezłe zamieszanie wokół siebie.
 – Trzy miesiące temu – kontynuował Brady – w wypadku zginął brat Luny, Jake.
 – Który był też chłopakiem Carrie – dodał Caspar. – Po jego śmierci Luna zniknęła na kilka miesięcy i nikt o niej nie słyszał. Dziś pierwszy raz pojawiła się wśród ludzi.
 – Sorry, ale wydaje mi się, że Carrie chyba gorzej znosi jego śmierć – zauważyłem.
 Chłopaki jak na zawołanie prychnęli jednocześnie.
 – Nie widzisz tego sztucznego uśmiechu? – odezwał się ciemnowłosy.
 – Przecież on ją nie zna – Ivo przewrócił oczami.
 – I nie pozna – wszyscy odwróciliśmy się, gdy odezwał się kobiecy głos za nami.
 W stołówce było jakieś dziesięć osób, gdyż uczniowie ruszyli na kolejne zajęcia. Tylko my zostaliśmy, wraz z niektórymi niedobitkami.
 – Jeśli chcesz coś wiedzieć, to najlepiej pytaj się głównego źródła – warknęła blondynka.
 – Daj spokój, Luna – Ivo wstał i stanął obok niej. Dziewczyna poprawiła torebkę i spojrzała na niego. Musiała unieść głowę, gdyż Ivo mierzył prawie dwa metry wysokości, a ona około metru siedemdziesiąt.
 – Mogłaś się przynajmniej do nas odezwać – wytknął jej Brady. – Peter omal nie ześwirował po twoim wyjeździe.
 Siedziałem cicho przysługując się ich rozmowie. Zachowywali się tak, jakby mnie nie było, więc nie zamierzałem im przeszkadzać. Przyznam też, że zżerała mnie ciekawość. Ta dziewczyna była wielką zagadką.
  – Pieprz się, Ivo – warknęła i zacisnęła dłonie w pieści. – Już mówiłam, że nie chcę mieć z tym gównem nic wspólnego.
 – To nie do ciebie należy decyzja! – warknął Caspar włączając się do rozmowy. – Dzisiaj masz się spotkać z Peterem. Inaczej sam po ciebie przyjdzie!
 Luna wymaszerowała ze stołówki. W milczeniu obserwowaliśmy jej odejście.
 – Miła - skomentowałem ich rozmowę.
 – Ją sobie też odpuść, Kalifornio – powiedział Caspar.
 – Przestań – warknąłem. – Chcę się skupić na nauce, a nie na dziewczynach.
 Chłopak przewrócił oczami.
 – Akurat – trącił mnie palcem. – Wiem, że ci się podoba. Wszystkim się podoba. Ale jeśli chcesz przeżyć w tej szkole, to będziesz trzymał się od niej z daleka – ostrzegł.
 – Inaczej jeśli na nią spojrzę, to jej facet mi przywali? – uniosłem brew ze zdziwienia. Dałbym mu radę. Chyba.
 – Inaczej ona sama ci dokopie – odparł Ivo.







Awwww <3 I mamy pierwszy rozdział :*

Zapraszam do komentowania, krytykowania i czego tylko pragniecie xd
Pozdrawiam :3
Loncia

sobota, 28 marca 2015

Prolog

Biegnij. Biegnij. Biegnij!

 Czułam, jak mech łaskotał mnie w łapy, a pod moim ciężarem łamały się gałęzie. Biegłam z dużą prędkością, aby nie zgubić swojej ofiary. Jej zapach unosił się w powietrzu. Kusił i bawił się ze mną.
Było ich dwóch – młoda łania i jelonek. Znajdowali się daleko od swojego stada, co przyszło mi na korzyść. Sami nie dadzą sobie ze mną radę.
 Schowałam się w krzakach obserwując poczynania zwierząt. Szukali pożywienia na otwartej przestrzeni, lecz nie oddalili się zbytnio od lasu. Nie wiedzieli, że zaraz staną się moim jedzeniem.
Pochyliłam się, omal nie dotykając pyskiem ziemi. Moje futro najeżyło się, a z gardła wydobył się cichy warkot.
 Zwierzęta uniosły pyski spoglądając w moją stronę. Cholera, musiałam być ciszej. Odwróciły się, więc postanowiłam skorzystać z okazji.
Wyskoczyłam z krzaków, a łapy same poniosły mnie w ich stronę. Byłam zbyt blisko, aby zdążyły uciec. Dlatego, gdy wbiłam zęby w krtań łani. Ta nawet nie próbowała uciec. Wiedziała, że to był już koniec.
 Drugim zwierzęciem nawet się nie przejmowałam. Na pewno był już daleko ode mnie. Wolałam całą swoją uwagę skupić na jedzeniu.
 Ukąsiłam ją parę razy, drażniąc się z nią. Taka była kolej rzeczy: ja byłam drapieżnikiem, a ona moim jedzeniem. Instynkt zwierzęcy przemówił, więc zachowywałam się tak, jak moi pobratymcy.
Łania leżała już na ziemi i głośno dyszała. W jej oczach dostrzegłam przerażenie. Pierwszy raz zrobiło mi się żal mojej ofiary, ale nie mogłam tego tak zostawić. Jeśli zaraz bym ją nie zabiła, to męczyłaby się przez następne godziny. Nie było dla niej szans, więc zrobiłam to, co powinnam zrobić: dokończyłam swoje zadanie.
 Zwierze nie żyło, lecz ja nie chciałam pożywić się już jej ciałem. Nie mogłam tego zrobić, więc zawyłam głośno, oznajmiając innym, że właśnie dorwałam zwierze, a następnie wróciłam do lasu. Trzeba było wrócić w końcu do domu.
 Pobiegłam nad urwisko, aby mieć lepszy widok, i spojrzałam na dolinę. Wiatr owiewał moje futro, a pazury wbijałam w ziemię. Będę tęskniła za tym wszystkim. Za nocnymi odgłosami zwierząt, porannym śpiewem ptaków. Za spokojem i ciszą. Będzie mi brakować czystej wody ze zdrojowiska, świeżego mięsa i widoku gwiazd nocą. Uliczne latarnie zagłuszały gwieździste światła. Tutaj wszystko było lepsze.
 Nagle wiatr zawiał mocniej, a do moich nozdrzy dotarły nowe zapachy. Stado wilków zbliżało się do mojej ofiary, lecz wyczułam coś jeszcze. To był... człowiek?
Ale co on robił tak daleko od miasta?
Warknęłam i już miałam ruszyć, gdy poczułam skurcz w łapie.
Nie! Nie mogę teraz się zmienić!
 Skurcz nasilił się, a łapa gruchnęła. Następne były żebra. Czułam, jak moja klatka piersiowa powiększała się i to nie było zbyt przyjemne. Wracałam do poprzedniego ciała i nie byłam z tego powodu jakoś szczególnie zadowolona.
 Przemiana powaliła mnie na ziemię, a ja wygięłam się pod dziwnym kątem. Chciałam zawyć, lecz mogłam zwrócić na siebie czyjąś uwagę, a tego nie chciałam. Zaciskając zęby z bólu, przemieniałam się. Spod futra formowały się ludzkie dłonie, a już po chwili klęczałam, głośno dysząc. Zacisnęłam powieki, aby uspokoić swój oddech. Dziwnie się czułam w tym ciele. Naga i bezbronna. Znów byłam człowiekiem. Po trzech miesiącach wróciłam do swojej prawdziwej formy.
– Cholera – zaklęłam, gdy uświadomiłam sobie, że znajdowałam się kilka kilometrów od domu.  Jedyne co mnie ratowało, to jaskinia, w której mogłam znaleźć kilka potrzebnych rzeczy. Nie uśmiechało mi się chodzenie nago po lesie, a szczególnie, gdy ktoś miałby mnie zobaczyć.
Westchnęłam ciągle czując zapach tego człowieka. Nie był tutejszy, ale w ciągu ostatnich miesięcy dużo mogło się zmienić. Ja się mogłam zmienić.

Czas wrócić do domu. Ale czy ja nadal miałam jakiś dom?