sobota, 28 marca 2015

Prolog

Biegnij. Biegnij. Biegnij!

 Czułam, jak mech łaskotał mnie w łapy, a pod moim ciężarem łamały się gałęzie. Biegłam z dużą prędkością, aby nie zgubić swojej ofiary. Jej zapach unosił się w powietrzu. Kusił i bawił się ze mną.
Było ich dwóch – młoda łania i jelonek. Znajdowali się daleko od swojego stada, co przyszło mi na korzyść. Sami nie dadzą sobie ze mną radę.
 Schowałam się w krzakach obserwując poczynania zwierząt. Szukali pożywienia na otwartej przestrzeni, lecz nie oddalili się zbytnio od lasu. Nie wiedzieli, że zaraz staną się moim jedzeniem.
Pochyliłam się, omal nie dotykając pyskiem ziemi. Moje futro najeżyło się, a z gardła wydobył się cichy warkot.
 Zwierzęta uniosły pyski spoglądając w moją stronę. Cholera, musiałam być ciszej. Odwróciły się, więc postanowiłam skorzystać z okazji.
Wyskoczyłam z krzaków, a łapy same poniosły mnie w ich stronę. Byłam zbyt blisko, aby zdążyły uciec. Dlatego, gdy wbiłam zęby w krtań łani. Ta nawet nie próbowała uciec. Wiedziała, że to był już koniec.
 Drugim zwierzęciem nawet się nie przejmowałam. Na pewno był już daleko ode mnie. Wolałam całą swoją uwagę skupić na jedzeniu.
 Ukąsiłam ją parę razy, drażniąc się z nią. Taka była kolej rzeczy: ja byłam drapieżnikiem, a ona moim jedzeniem. Instynkt zwierzęcy przemówił, więc zachowywałam się tak, jak moi pobratymcy.
Łania leżała już na ziemi i głośno dyszała. W jej oczach dostrzegłam przerażenie. Pierwszy raz zrobiło mi się żal mojej ofiary, ale nie mogłam tego tak zostawić. Jeśli zaraz bym ją nie zabiła, to męczyłaby się przez następne godziny. Nie było dla niej szans, więc zrobiłam to, co powinnam zrobić: dokończyłam swoje zadanie.
 Zwierze nie żyło, lecz ja nie chciałam pożywić się już jej ciałem. Nie mogłam tego zrobić, więc zawyłam głośno, oznajmiając innym, że właśnie dorwałam zwierze, a następnie wróciłam do lasu. Trzeba było wrócić w końcu do domu.
 Pobiegłam nad urwisko, aby mieć lepszy widok, i spojrzałam na dolinę. Wiatr owiewał moje futro, a pazury wbijałam w ziemię. Będę tęskniła za tym wszystkim. Za nocnymi odgłosami zwierząt, porannym śpiewem ptaków. Za spokojem i ciszą. Będzie mi brakować czystej wody ze zdrojowiska, świeżego mięsa i widoku gwiazd nocą. Uliczne latarnie zagłuszały gwieździste światła. Tutaj wszystko było lepsze.
 Nagle wiatr zawiał mocniej, a do moich nozdrzy dotarły nowe zapachy. Stado wilków zbliżało się do mojej ofiary, lecz wyczułam coś jeszcze. To był... człowiek?
Ale co on robił tak daleko od miasta?
Warknęłam i już miałam ruszyć, gdy poczułam skurcz w łapie.
Nie! Nie mogę teraz się zmienić!
 Skurcz nasilił się, a łapa gruchnęła. Następne były żebra. Czułam, jak moja klatka piersiowa powiększała się i to nie było zbyt przyjemne. Wracałam do poprzedniego ciała i nie byłam z tego powodu jakoś szczególnie zadowolona.
 Przemiana powaliła mnie na ziemię, a ja wygięłam się pod dziwnym kątem. Chciałam zawyć, lecz mogłam zwrócić na siebie czyjąś uwagę, a tego nie chciałam. Zaciskając zęby z bólu, przemieniałam się. Spod futra formowały się ludzkie dłonie, a już po chwili klęczałam, głośno dysząc. Zacisnęłam powieki, aby uspokoić swój oddech. Dziwnie się czułam w tym ciele. Naga i bezbronna. Znów byłam człowiekiem. Po trzech miesiącach wróciłam do swojej prawdziwej formy.
– Cholera – zaklęłam, gdy uświadomiłam sobie, że znajdowałam się kilka kilometrów od domu.  Jedyne co mnie ratowało, to jaskinia, w której mogłam znaleźć kilka potrzebnych rzeczy. Nie uśmiechało mi się chodzenie nago po lesie, a szczególnie, gdy ktoś miałby mnie zobaczyć.
Westchnęłam ciągle czując zapach tego człowieka. Nie był tutejszy, ale w ciągu ostatnich miesięcy dużo mogło się zmienić. Ja się mogłam zmienić.

Czas wrócić do domu. Ale czy ja nadal miałam jakiś dom?