środa, 6 maja 2015

Rozdział 1

ERIC


 Wyciągnąłem książki z szafki, a następnie trzasnąłem drzwiczkami, zamykając ją. Spojrzałem na rozpiskę, na której było napisane, że zaraz miały odbyć się zajęcia z biologii. Z wychowawcą.
Świetnie. Już spodziewałem się jego pięknej przemowy na dzień dobry. O tym, jak powinienem się zachowywać i czego ode mnie oczekują.
 Odbyłem już takie rozmowy. Z ojcem, matką, wicedyrektorem, dyrektorem i nawet sekretarką. Dodatkowo ojciec jasno się wyraził co zrobi z moją kartą, jeśli się nie poprawię.
Wszedłem do sali 205 i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Trzeci dzień w szkole niczym nie różnił się od poprzednich. Nie czułem się najgorzej. Przyznam, że było tu o wiele przyjemniej niż w poprzedniej placówce, do której uczęszczałem.
 Moja nowa klasa liczyła około 30 osób. Z tego co zrozumiałem, nie wszyscy jeszcze wrócili z wakacji, więc nie było pewne czy ktoś nowy do nas nie dołączy. Znaczy stary, gdyż to ja tu byłem najnowszym nabytkiem.
 Dwa tygodnie w Rossvel. Zero kontaktu z dawnymi przyjaciółmi. Szlaban, póki nie wezmę się za naukę. Tak właśnie zapowiadała się moja przyszłość.
 Rozglądnąłem się szukając wolnego miejsca. Jak zwykle jedno krzesło na przodzie było puste. Zauważyłem to już kilka lekcji temu, że wszyscy omijali je szerokim łukiem. Zastanawiałem się dlaczego, lecz nie było nikogo, kogo mógłbym o to spytać. Jakoś nie uśmiechało mi się do nowych znajomości. Nie chciałem tu zbyt długo pogościć.
 Zabieraj rzeczy i uciekaj, Stoner - podpowiadał mój umysł.
 Nawet nie zauważyłem, że zatrzymałem się przy tej pustej ławce. Na oko niczym nie różniła się od poprzednich. Tylko tym razem ktoś zajął jedno wolne miejsce. Uniosłem wzrok i dostrzegłem, jak ciemne tęczówki wpatrują się we mnie. Należały do drobnej brunetki z falowanymi włosami. Poprawiła sweter, który nie był jej wcale potrzebny. Na dworze było gorąco, jak cholera, a ona drżała? Ponownie zwróciłem uwagę na jej oczy i tym razem dostrzegłem, jak z trudem powstrzymuje łzy. Zrobiłem krok do tyłu, wpadając na kogoś.
 – Łoooł! – zawołał chłopak. – Stary, a ty gdzie się wybierasz? – uśmiechnął się do mnie i poklepał po barku. – Twoja ławka jest tam – wskazał palcem, a następnie pociągnął mnie w jej stronę. 
 Bez słowa podążałem za wskazanym kierunkiem, czując baczny wzrok chłopaka na sobie. Nie odważyłem się odwrócić w obawie, że jeśli to zrobię, ten na mnie naskoczy. Zająłem miejsce przy ścianie, a on usiadł obok mnie. Położyłem plecak na ławce i przyjrzałem się mu. 
 Miał krótko ścięte ciemne włosy i ciemną karnację. Przypominał mi trochę Latynosa, jednak byłem pewien, że nim nie był. Należał do drużyny szkolnej - tyle wywnioskowałem z jego stroju. Uśmiechnął się do mnie, obnażając śnieżnobiałe zęby. 
 – Caspar Quinn – podał mi rękę. 
 – Eric Stoner – uścisnąłem jego dłoń. 
– Ten nowy Kalifornijczyk, jak mniemam? – zapytał wyciągając książki. 
 – Innego chyba nie dostaliście w ostatni czasie – wzruszyłem ramionami. 
  Caspar przechylił głowę, jakby się nad czymś zastanawiał. 
 – Nie – powiedział w końcu. – Ostatni Kalifornijczyk został wykopany z drużyny i wyniósł się z miasta. Wątpię żeby wrócił. 
 – Więc teraz to ja dostałem tytuł nowego Kalifornijczyka? – uśmiechnąłem się. – Zajebiście! 
 Mój wzrok mimowolnie podążył za brunetką, która wpatrywała się we mnie. Caspar zauważył to i też na nią spojrzał. 
 – O nie, stary – pokręcił głową. – Ją sobie odpuść. Nie poleci na ciebie, ani nie zgodzi się na żadną jednorazową przygodę. 
 – Nie interesuje mnie w ten sposób. – Okey. To było drobne kłamstwo. Była ładna i nie pogardziłbym taką dziewczyną, ale nie szukałem żadnej. Jednak w tym momencie interesowało mnie coś innego. – Dlaczego to miejsce jest wolne? – skinąłem głową. 
 Caspar patrzył na nią, a gdy się odwrócił dostrzegłem ból w jego oczach. 
 – Niektórzy postanowili przedłużyć sobie wakacje – wzruszył ramionami. 
Już miałem zadać mu kolejne pytanie, gdy drzwi się otworzyły i do klasy wszedł nauczyciel. Zauważyłem, że szukał mnie wzrokiem, a gdy odnalazł na jego twarzy zawitał szeroki uśmiech. 
Pan Jones wyglądał mi na normalnego nauczyciela. Nie dostrzegłem niczego, czego można było się do niego doczepić. Był zdecydowanie po czterdziestce. Na nosie widniały okulary, a włosy już dawno ewakuowały się z jego głowy. 
Przywitał się i od razu zabrał do rozpoczęcia lekcji. Jak na dobrego ucznia przystało, zacząłem robić notatki i wsłuchiwałem się z udawanym entuzjazmem w nowy temat, póki drzwi ponownie się nie otworzyły.

LUNA POV

 Gdybym miała wybór, to znalazłabym się już dziesiątki kilometrów stąd. Ale ja tego wyboru nie miałam. Dlatego też byłam z powrotem w szkole. Oczywiście zaspałam i spóźniłam się na pierwsze trzy lekcje. Trzy dni po rozpoczęciu semestru. 
 Nie miałam zamiaru biec na kolejne zajęcia. Niezbyt przejmowałam się obecnością. 
 Jak pech chciał, lekcję miałam z wychowawcą. Wiedziałam, że będzie chciał porozmawiać ze mną po lekcji o tym co się stało. Ja nie chciałam tego wspominać i nie musiałam. 
 Otworzyłam drzwi od klasy, a wszyscy jak na komendę podnieśli głowy i spojrzeli na mnie. Jones przestał pisać na tablicy i stał bez ruchu gapiąc się na mnie. 
 W innych okolicznościach byłoby mi to na rękę. Zawsze wzbudzałam sensację u innych, ale teraz się to zmieniło. Wolałabym się zaszyć w jakimś kącie, niż tu stać. 
 W milczeniu ruszyłam do swojej ławki, lecz coś podkusiło mnie, abym spojrzała na Caspara. Siedział na swoim miejscu, lecz nie był sam. Towarzyszył mu jakiś chłopak. Wzięłam głęboki wdech, aby poczuć jego zapach. Znałam go, jednak nie wiedziałam skąd.
Posłałam przyjacielowi groźne spojrzenie.
 Rzuciłam torbę na ławkę i zajęłam swoje miejsce. Carrie spojrzała na mnie, jakbym chciała ją zabić. Jej wzrok był rozbiegany i przerażony. Jeszcze do niedawna była moją przyjaciółką. W starym domu w moim pokoju wciąż wisiały nasze wspólne zdjęcia. Na wszystkich byłyśmy uśmiechnięte. Jedno szczególnie mi się podobało. Wyjechaliśmy z rodzicami na narty do Aspen. To były nasze pierwsze zajęcia na śniegu. Obydwie poubierałyśmy jak największą ilość swetrów i kurtek, więc po kilku minutach ze zmęczenia robiłyśmy aniołki na śniegu. Pamiętałam te jej wesołe brązowe oczy, które jednym spojrzeniem wywoływały u mnie śmiech. Roztrzepałam jej fryzurę, a falowane brązowe włosy odstawały na wszystkie strony. W momencie, gdy się na mnie rzuciła mój ojciec zrobił nam zdjęcie.
 Teraz najchętniej spaliłabym tą fotografie. 
 Zmarszczyłam brwi. 
 – Luna – szepnęła, przez co uniosłam głowę. Profesor już wrócił do prowadzenia lekcji, a uczniowie przestali się na mnie gapić. – Gdzieś ty była? 
 – To chyba nie twój interes – poprawiłam się na krześle, czując się nieswojo w tym miejscu. 
 – Martwiłam się – warknęła. 
 – Nie prosiłam cię o to – odparłam spokojnym głosem i wymusiłam uśmiech. 
 – Nie, ale od tego chyba są przyjaciele – pojedyncza łza spłynęła po jej policzku. – Myślisz, że nam nie jest przykro? A na dodatek ty masz to gdzieś, co się z nami stanie! Jake nigdy by tak nie postąpił.
 Zacisnęłam dłonie w pięść, łamiąc przy tym ołówek.
 – Gówno wiesz co by zrobił – szepnęłam gniewnie. Dostrzegłam, jak w jej oczach gromadzą się łzy. Tak chciała się bawić? Dobrze, ale to ja będę na szczycie. – I uwierz mi, Jake w mojej sytuacji miałby wylane na wszystko. Szczególnie na ciebie.
 Zadzwonił dzwonek.
 Carrie wybiegła z płaczem z klasy.
 Zabrałam swoje rzeczy i także chciałam wyjść, oczywiście otoczona wzrokiem wszystkich tu zgromadzonych.
 – Panno Winter! – zawołał wychowawca. Przystanęłam na chwilę i spojrzałam na niego. Niezbyt się zmienił podczas naszego ostatniego spotkania. Może bardziej wyłysiał, ale po za tym wciąż był czterdziestoparoletnim profesorem z wyrobionym mięśniem piwnym i półokrągłymi okularami na nosie. – Panie Stoner, z panem też chciałbym porozmawiać – zwrócił się do kogoś za mną.
 Odwróciłam głowę dostrzegając, jak każda osoba opuszczająca to pomieszczenie wymownie się na mnie gapiła. Zacisnęłam dłonie w pięści, próbując się uspokoić. Obok mnie zatrzymał się nowy uczeń, który także wpatrywał się na mnie. Był to krótko ścięty brunet o intensywnym odcieniu zielonych tęczówek. Miał ubraną koszulę z dekoltem wyciętym na serek, który opinał jego ciało i blado-brązowe spodnie khaki. Plecak przerzucił przez jedno ramię i uśmiechnął się do mnie, obnażając rząd śnieżnobiałych zębów. Odwróciłam głowę w stronę profesora i spojrzałam na niego wymownie, aby jak najszybciej zaczął swoje kazanie.
 – Wiem, że jest to temat  bardzo drażliwy dla pani – dopiero co zaczął, a krew w moich żyłach już wrzała – ale chciałbym, aby pani wiedziała, że my...
 – Dziękuje – przerwałam mu. – Doceniam pańską troskę, ale jest ona zbędna – wydobyłam się na sztuczny uśmiech. – Już rozmawiałam na ten temat z rodziną i wspólnie doszliśmy do porozumienia. – I tak zaczęła się moja kłamliwa kariera. – Nie musi się pan martwić – spojrzałam na zegarek. – Przepraszam, ale śpieszę się – wybiegłam z klasy i skierowałam się do stołówki. Czułam na sobie ich wzrok, lecz nie miałam zamiaru się odwracać.
 Niemal biegiem dotarłam do stołówki. Pchnęłam metalowe drzwi, a moim oczom ukazało się lekkie zamieszanie. Jak zwykle w porze lunchu panował tu chaos. Rozejrzałam się, lecz nie dostrzegłam szukanej przeze mnie osoby. Ruszyłam na balkon do swojego dawnego stolika, przy którym zawsze siedzieliśmy. Miałam nadzieję, że właśnie tam znajdę ludzi z drużyny. Byłam już w połowie drogi po schodach, gdy usłyszałam czyiś piskliwy głos.
 – Luna! – Resztę schodów przeskoczyłam i zauważyłam, jak w moim kierunku podąża dziewczyna.
 – Kira – kolejny wymuszony uśmiech zawitał na mojej twarzy.
 Brunetka w obcisłym stroju cheeleaderki biegła do mnie, omal nie potykając się na zbyt wysokich butach. Jak zwykle miała na sobie ubranie o co najmniej jeden rozmiar za mały, a jej piersi skakały przy każdym jej kroku. Rzuciła mi się na szyje.
 – Boże! Jak ja za tobą tęskniłam! – zapiszczała mi do ucha.
 Gówno prawda – chciałam jej to powiedzieć, lecz powstrzymałam się. Ta dziewczyna z wielką chęcią zajęła moje miejsce w drużynie, a mój wyjazd był jej jak najbardziej na rękę. A tą jej udawaną troskę wetknęłabym w...
 – Gotowa na eliminacje? – No pewnie! Bardziej przejmowała się swoim miejscem w drużynie, niż tym, co się ze mną działo. 
 – Jasne – uśmiechnęłam się. – W tym roku dokopiemy Niedźwiedzią z Belspir!
 – I tak trzymaj – poklepała mnie po ramieniu, a w jej oczach dostrzegłam złość. – Chodź do nas! Dziewczyny stęskniły się za tobą – zazgrzytała zębami i pociągnęła mnie do środkowego stolika. Już z daleka dostrzegłam uśmiechy swoich znajomych.
 Idąc spojrzałam na osoby siedzące w kącie. Caspar z nienawiścią patrzył na mnie, a Carrie nawet nie uniosła głowy. Kolejne osoby nie chciały na mnie spojrzeć, jedynie ten nowy nie odwracał ode mnie wzroku. Wpatrywał się na mnie, jakby się nad czymś zastanawiał.
 W przeciwieństwie do Kiry reszta drużyny przywitała mnie szczerze i radośnie. Naprawdę cieszyli się na mój powrót. Usiadłam między Kirą a kapitanem męskiej drużyny futbolowej. Na twarzy Travisa zagościł szeroki uśmiech, a w jego karmelowych oczach iskrzyły radosne chochliki. Ręką przeczesał krótkie włosy o piaskowej barwie, drugą zaś złapał za moją, którą schowałam pod stołem.  – No to Luna, powiesz nam gdzie byłaś? – Fałszywość aż kipiała z twarzy Kiry.
 Dużo się działo przez ostatnie miesiące. Jedno wydarzenie potrafi zmienić człowieka. Tak również stało się ze mną.
– U dziadków – wzruszyłam ramionami. – Musiałam trochę odpocząć od tego. A co się działo podczas mojej nieobecności? – poruszyłam kolejny temat, gdy dostrzegłam, że Kira już była gotowa do kolejnego pytania, lecz ją uprzedziłam.
 – Nie uwierzysz! – zapiszczała. – W sobotę... – I tyle było z mojego słuchania.
 Dziewczyny co chwilę dodawały coś od siebie, zaś dwóch kolegów Travisa rozmawiali o kolejnym meczu.
 – Luna – odwróciłam się do blondyna, który wypowiedział moje imię. Jego ręka mocniej zacisnęła się na mojej, a kciukiem pogładził grzbiet dłoni. – Czy możemy porozmawiać?
 Rozejrzałam się, aby upewnić się, że nikt nas nie słucha. Kira energicznie gestykulowała dalej opowiadając mi o jakieś imprezie. Reszta nie zwracała na nas uwagi, gdyż byli zbytnio pochłonięci swoimi sprawami.
 – Nie chcę, abyś traktował mnie inaczej niż przed tym wypadkiem – zaczęłam. – Po prostu zachowujmy się tak, jakby to się nie stało.
 Wiedziałam, że tego nie można było aż tak zignorować. Ale Travis rozumiał co miałam na myśli. Doskonale mnie znał. A przynajmniej kiedyś tak było.
 – Wiem, że jest ci ciężko. Jake także był moim przyjacielem i tego nie można zignorować. Luna, jego śmierć wpłynęła na nas wszystkich, ale wiem z czym ty musisz się... – przerwałam mu złączając nasze usta w namiętnym pocałunku.
 Wplotłam dłoń w jego włosy i przyciągnęłam go bliżej. Po krótkim szoku Travis opamiętał się i odwzajemnił pocałunek. Oderwałam się od niego, gdy zabrakło mi tchu.
 – No – powiedział lekko zszokowany. – To zapomnij o moich słowach, mała – uśmiechnął się.
 – Wracamy do tego, co było dawniej. Nic się nie zmieniło, Trav – pokręciłam głową. – No może jedynie to, że chcę wrócić do drużyny, więc lecę na trening – szybko go cmoknęłam w policzek, po czym pobiegłam na salę.
 Zrobiłam krótki przystanek w toalecie, która na szczęście była pusta. Przemyłam twarz zimną wodą, a gdy spojrzałam w lustro, łzy samowolnie zaczęły spływać po moich policzkach.

ERIC POV

 – No to co? Zainteresowany, Kalifornijczyku? – Caspar szturchnął mnie w ramię.
 Przewróciłem oczami i oparłem dłoń na policzku. Zastanawiałem się nad podjęciem decyzji. W starej szkole świetnie szło mi w lacrosse. Co innego niż futbol. Chociaż, jakby się tak nad tym bardziej zastanowić te sporty były bardzo podobne do siebie. Przydałoby mi się jakieś zajęcia po szkole. Zwłaszcza, że ostatnio miałem bardzo dużo wolnego czasu. I to była zasługa moich rodziców.
 – Nie wiem – wzruszyłem ramionami. – To nie dla mnie.
 – Koniec! – Brady uderzył dłonią w stół.
 Jego siostra, Carrie, aż podskoczyła na swoim miejscu. Chłopak przeczesał dłonią swoje ciemne, kręcone włosy, a następnie podrapał się po brodzie, na której widniał dwudniowy zarost.
 – Idziesz dzisiaj na trening – oznajmił,
– Tak jest! – zasalutowałem. – Jeszcze jakieś rozkazy?
– Tak – roześmiał się. – Zabieraj dupę i lecimy na trening. Zaraz za... – przerwał i odwrócił głowę. Podążyłem za jego spojrzeniem.
 Przed nami znalazła się dziewczyna, która w towarzystwie swojej przyjaciółki szła w stronę drużynowego stolika. Odwróciła się w naszą stronę i zmierzyła każdego wzrokiem.
 O co jej do cholery chodziło? Za każdym razem gdy mnie widziała, miałem wrażenie, że gdyby mogła, to zabiłaby mnie wzrokiem.
 Carrie wstała i opuściła stołówkę najszybciej jak się dało.
 – Mógłby mi to któryś z was wyjaśnić? – spojrzałem na nowo poznanych znajomych. Okey, przyznam, że nie byli tacy źli. Polubiłem ich w ciągu tych kilku minut spędzonych razem,
 Caspar wymienił się dziwnym spojrzeniem z Bradym, a Ivo odchrząknął. Z tej trójki był najmniej mówiącym facetem, jakiego w życiu poznałem. Serio. Casparowi buzia się nie zamykała, szczególnie, gdy w grę wchodziła kłótnia z Bradym. Podczas naszej krótkiej drogi do stołówki zdążyli się pokłócić co najmniej trzy razy.
 – Carrie i Luna były kiedyś najlepszymi przyjaciółkami – zaczął Ivo. – Luna to ta blondynka, która robi niezłe zamieszanie wokół siebie.
 – Trzy miesiące temu – kontynuował Brady – w wypadku zginął brat Luny, Jake.
 – Który był też chłopakiem Carrie – dodał Caspar. – Po jego śmierci Luna zniknęła na kilka miesięcy i nikt o niej nie słyszał. Dziś pierwszy raz pojawiła się wśród ludzi.
 – Sorry, ale wydaje mi się, że Carrie chyba gorzej znosi jego śmierć – zauważyłem.
 Chłopaki jak na zawołanie prychnęli jednocześnie.
 – Nie widzisz tego sztucznego uśmiechu? – odezwał się ciemnowłosy.
 – Przecież on ją nie zna – Ivo przewrócił oczami.
 – I nie pozna – wszyscy odwróciliśmy się, gdy odezwał się kobiecy głos za nami.
 W stołówce było jakieś dziesięć osób, gdyż uczniowie ruszyli na kolejne zajęcia. Tylko my zostaliśmy, wraz z niektórymi niedobitkami.
 – Jeśli chcesz coś wiedzieć, to najlepiej pytaj się głównego źródła – warknęła blondynka.
 – Daj spokój, Luna – Ivo wstał i stanął obok niej. Dziewczyna poprawiła torebkę i spojrzała na niego. Musiała unieść głowę, gdyż Ivo mierzył prawie dwa metry wysokości, a ona około metru siedemdziesiąt.
 – Mogłaś się przynajmniej do nas odezwać – wytknął jej Brady. – Peter omal nie ześwirował po twoim wyjeździe.
 Siedziałem cicho przysługując się ich rozmowie. Zachowywali się tak, jakby mnie nie było, więc nie zamierzałem im przeszkadzać. Przyznam też, że zżerała mnie ciekawość. Ta dziewczyna była wielką zagadką.
  – Pieprz się, Ivo – warknęła i zacisnęła dłonie w pieści. – Już mówiłam, że nie chcę mieć z tym gównem nic wspólnego.
 – To nie do ciebie należy decyzja! – warknął Caspar włączając się do rozmowy. – Dzisiaj masz się spotkać z Peterem. Inaczej sam po ciebie przyjdzie!
 Luna wymaszerowała ze stołówki. W milczeniu obserwowaliśmy jej odejście.
 – Miła - skomentowałem ich rozmowę.
 – Ją sobie też odpuść, Kalifornio – powiedział Caspar.
 – Przestań – warknąłem. – Chcę się skupić na nauce, a nie na dziewczynach.
 Chłopak przewrócił oczami.
 – Akurat – trącił mnie palcem. – Wiem, że ci się podoba. Wszystkim się podoba. Ale jeśli chcesz przeżyć w tej szkole, to będziesz trzymał się od niej z daleka – ostrzegł.
 – Inaczej jeśli na nią spojrzę, to jej facet mi przywali? – uniosłem brew ze zdziwienia. Dałbym mu radę. Chyba.
 – Inaczej ona sama ci dokopie – odparł Ivo.







Awwww <3 I mamy pierwszy rozdział :*

Zapraszam do komentowania, krytykowania i czego tylko pragniecie xd
Pozdrawiam :3
Loncia

5 komentarzy:

  1. No nie no, musiałam oderwać się od matmy, żeby przeczytać <3 A tak na marginesie to bardzo się cieszę, że jednak będziesz pisała to opowiadanie! *,*
    Hahah czyt to przypadek, że ja biologię też mam w 205? O.o
    Eric ma rację - Luna to jedna wielka tajemnica złożona z wielu mniejszych tajemnic :D Ale podoba mi się jej postać. Nieco wulgarna, zamknięta w sobie, taka... specyficzna w dobrym znaczeniu tego słowa ;) Sam Eric również nie jest zły, ale jakoś nic więcej nie potrafię o nim powiedzieć. Prawdopodobnie rozpiszę się po kilku rozdziałach, gdy już coś niecoś będzie wiadome, chociażby o samych bohaterach ;)
    Szkoda, że Travisa nie ma w zakładce, bo ciekawa jestem, jakby wyglądał według Ciebie ;) Jakoś zaintrygował mnie wątek z nim i Luną, jak go pocałowała a następnie popłakała się w łazience :D W ogóle to wszystko jak dotąd mnie ciekawi w tym opowiadaniu :D Nie lubię pisać komentarzy, gdy opowieść dopiero się zaczyna, bo niewiele można o niej powiedzieć :/
    Dodam jeszcze, że baaardzo podoba mi się gif na końcu :D no i w ogóle cały ten pomysł z bratem, który był jednocześnie chłopakiem najlepszej przyjaciółki Luny (od razu przypomina mi się David ode mnie i Becky i Prue :D) a raczej ta jego śmierć ;)
    Pozostaje mi tylko czekać na następną notkę i mieć nadzieję, że pojawi się szybciutko!
    Pozdrawiam serdecznie
    Zuza <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że raz w tygodniu notka wystarczy ;)
      Fuck xd Zapomniałam o Travisie!!! Zaraz postaram się to uzupełnić, tylko sama skończę matmę xd
      Co do śmierci Jake'a to nawet o tym nie pomyślałam xd Ale faktycznie :D Jak David^^
      Pozdrawiam!
      Loncia <3

      Usuń
  2. Tu będzie mój komentarz ! <3
    Przepraszam, ale jestem strasznie padnięta ;( LOFF YOU

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko fenomenalne !!! <3
      Podoba mi się postać Luny, ciekawie ją wykreowałaś i aż chce się ją pozanwać bardziej i bardziej.
      Co bym mogła jeszcze napisać ? Narazie wszystko to jedna wielka tajemnica, dlatego nie każ nam długo czekać na kolejny rozdział <3

      LOFF

      Usuń
  3. Wow, śliczny szablon, fenomenalny rozdział pierwszy!!! :))
    Nie czytałam jeszcze opowiadania o wilkołakach, no ale musi być ten "pierwszy raz"... :D Bardzo się cieszę!!! :))
    Historia zapowiada się niezmiernie ciekawie, więc nie pozostaje mi nic innego, jak czekać z wytęsknieniem na dwójkę!!! :)) ^^
    Pozdrawiam i życzę mnóstwa weny!!!
    Ps. Zapraszam również w wolnej chwili do mnie, link podałam w spamie!:))

    OdpowiedzUsuń